wtorek, 12 maja 2020

Wycieczka na zamek w Krasiczynie

W dzisiejszych czasach, pomimo nakazu, ciężko jest usiedzieć w jednym miejscu, więc kiedy tylko poluzowali ograniczenia nie mogłam się oprzeć i pojechałam na małą wycieczkę. Będąc w tym czasie można powiedzieć służbowo na Podkarpaciu (dopiero trzeci raz świadomie, a nie przejazdem lub na jego obrzeżach!) zostało mi wiele do zobaczenia, więc powoli odkrywam jego magiczne miejsca - tym razem padło na zamek w Krasiczynie.

Gmina Krasiczyn znajduje się bardzo blisko (zaledwie 10 km na zachód) Przemyśla, jest to wschodnia część województwa podkarpackiego. Przebiega przez nią rzeka San - większość terenów należących do gminy znajduje się po prawej stronie tej rzeki. Jeśli chodzi o wielkość gminy Krasiczyn to zajmuje ona 12478 ha, z czego ok. 70% stanowią lasy i zakrzaczenia. W 2014 roku w gminie zameldowanych na stałe było zaledwie 5001 osób, z czego 609 jest mieszkańcami wsi Krasiczyn, w której znajduje się zamek będący główną atrakcją tego regionu. Jest to zabytkowy XVI – wieczny zamek klasy ”0” zwany Perłą Renesansu, który otacza przepiękny park w stylu angielskim. Poniżej można zobaczyć spot promujący gminę, ale polecam zrobić to po przeczytaniu całości.


O zamku dowiedziałam się całkiem przypadkiem, bo nigdy nie miałam potrzeby by interesować się zabytkami w okolicach Przemyśla. Byłam dwa razy w Rzeszowie i pobliskich miejscowościach przed samą pandemią i skupiłam się na tym mieście oraz Łańcucie i Przeworsku (głównie na ich rynkach). Podczas ostatniej wizyty, która przypadała na majówkę zaproponowano mi wycieczkę właśnie do Krasiczyna, więc zdecydowałam od razu, że jadę!

Podróż do samego Krasiczyna zajęła nam około godziny, mieliśmy piękne widoki. Co chwilę przy drodze stały małe chatki, które sprawiały wrażenie wyjętych prosto ze skansenu! Z obserwacji wywnioskowałam, że są one ciągle w użytku, bo widać było chociażby dym z komina lub auta za drewnianymi płotkami. Myślałam, że w moich okolicach jest sporo takich domów, ale ich ilość na Podkarpaciu przeszła moje oczekiwania.

Kiedy dojechaliśmy na miejsce na pierwszy ogień pobiegłam do małej galerii, która pomimo niedzieli 3 maja i okropnej deszczowej pogody okazała się być otwarta. Jestem postcrosserką (kolekcjonuje pocztówki) i nie mogłam nie sprawdzić czy przypadkiem nie znajdzie się tam coś dla mnie. Ku mojemu zaskoczeniu było tam nie tylko kilka pocztówek czy magnesów, ale także pełno pięknych rękodzieł wykonanych przez Panią, która nas obsługiwała. Galeria Artiwa ma w swojej ofercie ręcznie malowane naczynia, torby oraz przepiękne obrazy w bardzo niskich cenach. Niestety nie byłam na to przygotowana, więc wyszłam stamtąd jedynie z pocztówkami i magnesami, ale mam nadzieję powrócić tam jeszcze w tym roku - nie mogę sobie podarować pięknej filiżanki z ręcznie malowaną sową! Koszt pocztówek to zaledwie złotówka, a magnesy zaczynają się od ok. 8 zł. Nie znalazłam strony internetowej sklepu.


Po zakupieniu pamiątek udaliśmy się do bramy wejściowej. Z góry wiedziałam, że trzeba będzie zapłacić za wejście na teren parku pomimo tego, że sam zamek jest niedostępny dla zwiedzających z powodu pandemii. Miłym zaskoczeniem był niewielki koszt wejścia, bo dla osób z ulgą wynosił on jedynie 2 zł, a dla pozostałych 4 zł. Po zakupie biletów udaliśmy się na dziedziniec zamku, gdzie była otwarta jedynie toaleta oraz sklepik z pamiątkami. Pocztówki czy magnesy były takie same i w tej samej cenie jak u Pani z Galerii Artiwa, ale dodatkowo można było zakupić książki lub inne pamiątki związane ściśle z zamkiem. Na korytarzu stał także automat z pamiątkowymi monetami, które kosztowały 8 zł - sama ich nie zbieram, ale wiem, że stoją one w wielu miejscach i można uzbierać całkiem sporą kolekcje.

Sam dziedziniec zamku wywarł na mnie ogromne wrażenie choć pierwsza rzecz, na którą zwróciłam uwagę to ogromny biały namiot, do którego zajrzałam przez okienko i dojrzałam w nim krzesła. Obok namiotu był także obniżony daszek na scenę, ale sceny pod nim nie było. Zamek odgrywa rolę sali koncertowej pod gołym niebem - są tam czasami organizowane różne wydarzenia. Przy zamku mieści się także hotel, w którym można zorganizować przyjęcie okolicznościowe.


Zamek został wybudowany na planie czworokąta przy czym w każdym jego rogu mieści się baszta. Mają one różne nazwy, są to:
1. Boska, z kopułą na szczycie; mieści kaplicę, którą uważa się za jeden z najcenniejszych elementów architektonicznych zamku - jest przyrównywana do Kaplicy Zygmuntowskiej na Wawelu.
2. Papieska, zwieńczona attyką, będącą kopią papieskiej korony Klemensa VIII; znajdowały się w niej pokoje gościnne przeznaczone dla wysokich dostojników kościelnych
3. Królewska, z sześcioma małymi narożnymi wieżyczkami; mieściły się w niej apartamenty królewskie
4. Szlachecka, zwieńczona koroną – kopią korony króla Zygmunta III Wazy.

Wszystkie cztery bardzo mi się spodobały, chociaż gdybym miała wybrać tylko jedną to zdecydowałabym się na basztę Papieską. Zewnętrzne i wewnętrzne ściany zamku pokrywa przepiękna dekoracja sgraffitowa, która przykuła mój wzrok do tego stopnia, że nie wiedziałam, z której strony mam jej zacząć robić zdjęcia. Dekoracja wokół zamku nie sprawia takiego wrażenia, ale tak naprawdę zajmuje bardzo sporą powierzchnię - aż 7000 m²!


Na dole, w podziemiach, mieszczą się lochy i sala tortur, ale niestety ich również nie można było zwiedzać. Dookoła dziedzińca można za to zobaczyć wystawę starych zdjęć związanych ze wsią Krasiczyn. Jako miłośniczka fotografii dokładnie obejrzałam całość i znalazło się tam kilka ciekawych ujęć choć oczywiście jest to kwestia gustu, ponieważ nie każdemu podoba się stara fotografia.

Po dokładnym obfotografowaniu dziedzińca ruszyłam na podbój parku zamkowego. Jest on bardzo zadbany i można nacieszyć oczy bogatą roślinnością, która go zdobi. Jest to ponad 200 rodzajów drzew i krzewów z całego świata. Mieści się też tam mały staw i pomost, na który można wejść. Pomimo brzydkiej pogody udało się tam zobaczyć masę ryb jedzących bułkę rzuconą przez turystów oraz kilka kaczek, które wolały jednak trzymać się z daleka od ludzi. Dało się też zrobić kilka ujęć odbijającego się w wodzie zamku, które wyszły (jak na mój gust) całkiem nieźle.


Pomiędzy drzewami i krzewami mieszczą się ławeczki. Niektóre są tak dobrze ukryte, że ciężko jest je dostrzec przez liście i gałęzie, które tworzą wielką zasłonę. Ze względu na pogodę ciężko byłoby się do nich dostać, dlatego odpuściłam sobie przepychanie się tam z aparatem.

Czas jaki spędziliśmy spacerując po parku to lekko ponad godzina, dlatego, że robiłam dużo zdjęć. Gdyby nie moje fotografowanie to, choćby ze względu na pogodę, zajęłoby to myślę maksymalnie 40 minut. Jeśli chodzi o czas na dziedzińcu to było to około 40 minut, więc w sumie spędziliśmy tam dwie godziny. Myślę, że jeśli tylko będzie to możliwe to na pewno wrócę tam, gdy tylko będzie piękna pogoda. Chciałabym zwiedzić zamek w środku oraz zrobić mu jeszcze więcej zdjęć. Być może któreś z nich posłuży mi za wzór do namalowania obrazu?

Jeśli chodzi o cenę zwiedzania pomieszczeń wewnątrz to pozwoliłam sobie pożyczyć fragment strony internetowej, na której jest wszystko dokładnie opisane. Tutaj można sprawdzić więcej informacji na temat całego obiektu (zamku, hotelu, restauracji).


Możliwe jest także zwiedzanie wieży zegarowej i lochów osobno - każde z nich w cenie 5 zł, ale bez przewodnika. Można wynająć także pomieszczenia zamku na ślubne sesje zdjęciowe, ale tylko w terminie, który nie koliduje z żadną grupą zwiedzającą. Koszt takiego wynajmu to 100 zł, więc jako fotograf myślę, że nie jest to wygórowana cena.

Pomimo deszczowej pogody wycieczkę uważam za udaną i jak wspomniałam wcześniej postaram się tam wrócić jak tylko zamek zostanie otwarty dla zwiedzających i dopisze pogoda. To na pewno nie była moja ostatnia wizyta na Podkarpaciu, więc okazja na pewno się znajdzie. Poniżej prezentuje kilka zdjęć, które uznałam za najlepsze spośród wszystkich wykonanych podczas zwiedzania.











Brak komentarzy:

Prześlij komentarz