wtorek, 26 maja 2020

Jestem Postcrosserką... czyli kim?

Poprzedni post zyskał sporo pozytywnych opinii wśród moich znajomych, którym go wysłałam do oceny, więc jest to dla mnie sygnał, że na dzień dzisiejszy mogę pisać dalej. Z każdą z tych osób łączą mnie różne więzi, więc nie każda z nich wie co jest aktualnie moją największą pasją. Gdy w poprzednim wpisie wyjaśniałam dlaczego pamiątki są dla mnie istotne, napisałam tam, że jestem Postcrosserką - wiele osób po przeczytaniu pytało mnie co to znaczy. Uznałam, że skoro tematyka tego bloga z założenia ma być szeroka to może warto będzie wspomnieć o tym, czemu poświęcam najwięcej czasu. Ze względu na to, że jest to dość głęboki obszerny temat, na który mogę rozmawiać godzinami, postaram się napisać podstawowe informacje w najbardziej niezbędnym skrócie.

Według Wikipedii Postcrossing to hobby i serwis społecznościowy, który umożliwia jego zarejestrowanym członkom wysyłanie i otrzymywanie pocztówek z całego świata. Ja zdefiniowałabym to po prostu jako wymiana pocztówek, którą Postcrosserzy, nawet w Polsce, nazywają swapami (swap jak i większość słówek z Postcrossingowego "slangu" pochodzi z języka angielskiego, oznacza zamiana). Pomysłodawcą i założycielem strony Postcrossing.com jest Paulo Magalhães - miało mu to pomóc w zagranicznych wymianach z innymi zbieraczami. Po uruchomieniu strony w lipcu 2005 roku okazało się, że odniosła ona niespodziewany sukces i z dnia na dzień przybywało na niej sporo nowych użytkowników. Po trzech latach dzięki niej zostało wysłanych milion pocztówek, a na dzień dzisiejszy jest to ponad 56 milionów i ta liczba szybko się zmienia. Więcej o historii strony można przeczytać TUTAJ.


Moja przygoda z wymianą pocztówek zaczęła się ponad dwa lata temu, kiedy znajoma powiedziała mi, że jest zarejestrowana na tej stronie i "czasami coś tam wysyła". Jej z kolei pokazała to jakaś inna koleżanka i tak poszedł cały łańcuszek (ja sama zaraziłam już trzy osoby!). Kiedy dowiedziałam się o szczegółach od razu stwierdziłam, że to strona dla mnie, ponieważ zawsze prosiłam różnych znajomych o wysyłanie mi pocztówek z ich wyjazdów. Rzadko kiedy komuś się chciało, a każda kartka była dla mnie wielką radością, więc uznałam, że to idealna alternatywa dla proszenia ludzi, których taki temat nie interesuje.

Na czym to dokładnie polega? Zakładasz konto, wpisujesz swój adres i preferencje, losujesz osobę i na podany adres wysyłasz kartkę, a kiedy ona już dojdzie do adresata to ktoś inny może wylosować Ciebie. Brzmi to bardzo zawile, ale tak naprawdę to zupełnie proste. Przejrzyjmy to krok po kroku. Po założeniu konta (robi się to jak wszędzie - email i hasło) wpisujesz adres, na który mają przychodzić do Ciebie pocztówki. Jest on bezpieczny, ponieważ pojawia się tylko osobie, która Cię wylosowała - nie jest widoczny dla wszystkich na Twoim profilu. Następnie wpisujesz informacje o sobie oraz swoje preferencje, czyli co chcesz otrzymać. Mogą to być na przykład pocztówki turystyczne, ze zwierzętami lub innymi rzeczami. Postcrosserzy mają to do siebie, że uwielbiają mieć dużo różnych wzorów na wypadek specyficznych życzeń swapperów (osób, z którymi się wymieniają), więc na pewno znajdzie się coś, co będzie Ci odpowiadać. Po uzupełnieniu profilu losujesz adres, znajdujesz odpowiednią pocztówkę, piszesz na niej ID oraz wiadomość i wysyłasz. ID to dwie litery oznaczające kraj, z którego wyszła dana kartka (w naszym wypadku PL) i jej kolejny numer (w Polsce jest to już ponad 1 600 000!). Jeśli Twoja kartka dotrze do adresata to on za pomocą kodu rejestruje ją w serwisie i wtedy ktoś może wylosować Ciebie. Kiedy i skąd dojdzie do Ciebie pocztówka? To zawsze jest jedna wielka niewiadoma, ale chyba niespodzianki są fajne, prawda?

Na początku wysłałam trzy pocztówki ze zwierzętami, bo tylko takie miałam w domu, a akurat wszystkie osoby, które wylosowałam na swojej liście życzeń miały wpisane psy lub koty. Pierwsza kartka, którą dostałam przyleciała do mnie z Rosji, była cudowna. Po otrzymaniu kilku kartek zaczęłam kupować więcej pocztówek turystycznych z mojego rodzinnego miasta jakim jest Nowy Sącz oraz z Krakowa, gdzie studiuję - to zawsze się sprawdza, bo 95% użytkowników prosi właśnie o taki rodzaj kartek. Udało mi się znaleźć także kilka artystycznych wzorów z pomalowanymi autami lub zdjęciami obrazów malarzy z Polski. Stopniowo wsiąkałam także w facebookową grupę POSTCROSSING Poland, którą na dzień dzisiejszy uważam za najmilszą w całym Internecie. Poznałam tam masę życzliwych osób, a także zrobiłam z nimi sporo super wymian i zamówień dzięki którym moja mała puszka z kilkoma pocztówkami do wysyłania zamieniła się w 4 kartony po butach!

                                           

W kwestii zamówień... ile kosztuje takie hobby? Tak naprawdę potrzebne Ci są pocztówki, które zwykle kosztują między 1 zł a 3 zł, ale te droższe pochodzą z różnych firm, które niestety się cenią jeśli chodzi o ich wszystkie produkty. Pamiętaj, że nikt nie wymaga od Ciebie drogich pocztówek, ale jednocześnie wysyłaj innym takie, które i Ty chciał(a)byś otrzymać - to znaczy nie ulotki przerobione na pocztówki, nie wydrukowane samodzielnie zdjęcia na kartonie i na tyle, na ile możesz, zgodnie z preferencjami odbiorcy. Do tego wszystkiego należy doliczyć znaczek - w kraju wysyłka ekonomiczna kosztuje 3,30 zł i tyle wystarczy, natomiast jeśli chodzi o inne państwa rekomendowany jest znaczek priorytetowy (6 zł, który jest tylko 1 zł droższy od ekonomicznego). Bezpieczniej jest wysyłać znaczkami o nominale 6 zł, ponieważ szybciej dojdą, a te tańsze potrafią iść czasem kilka miesięcy (drogą morską) przez co pocztówka wchodzi w fazę "zaginięcia". Do tych kosztów można (nie trzeba!) doliczyć kolorowe długopisy, naklejki i taśmy, ale o tym przy innej okazji, bo to zbyt wiele do opisania na jeden raz.

Wiemy już mniej więcej na czym to polega, ale zawsze pojawiają się dodatkowe pytania, które niezależnie od tego z kim rozmawiam na ten temat, ciągle się powtarzają.

1) Co robisz z pocztówkami? 
Zawsze, kiedy tłumaczę komuś czym jest Postcrossing, po co idę na pocztę, czemu kupuje kartki itd pada takie pytanie. Większość trzymam w wielkim tekturowym pudle z Ikei, a serie od niedawna staram się posegregować w albumach przeznaczonych na zdjęcia. Jest to niestety trudna sztuka, ponieważ nie każda pocztówka ma taki sam wymiar, ale staram się z nimi walczyć i upchać je jak najbezpieczniej by były w jednym miejscu i cieszyły oko podczas przeglądania.

2) Dużo tego dostajesz? 

Kiedyś nie, a teraz tak. W tym momencie nie licząc listów, które piszę (ale o tym jak z taśmami - kiedy indziej) oraz przesyłek (głównie papierniczych) z Aliexpress, praktycznie nie ma dnia (zdarzyły się może ze dwa!) żeby w mojej skrytce pocztowej było pusto. Tak, dobrze czytacie, nie zrobiłam błędu w poprzednim zdaniu - mam wynajętą skrytkę na poczcie. Po co? A no właśnie po to, że przychodzi do mnie sporo przesyłek, które nie mieściły się w mojej małej skrzynce w bloku. Miałam też różnego rodzaju przygody z listonoszem, więc uznałam to za bezpieczne.

3) Nie boisz się podawać swojego adresu innym? 
Wątpię, że odwiedzi mnie ktoś z drugiego końca świata, a ludzie na wyżej opisanej przeze mnie facebookowej grupie są naprawdę bardzo mili. Jak już wyjaśniałam, na stronie Postcrossing.com adres pojawia się tylko osobie, która ma do mnie wysłać pocztówkę, a na grupie sama kontroluje komu podaję go w wiadomości prywatnej. Jednak z perspektywy czasu uważam, że założenie skrytki było najlepszą rzeczą, związaną z Postcrossingiem, którą mogłam zrobić. Przydaje mi się nie tylko do mojej pasji, ale także w innych przypadkach, w których nie chciałabym komuś podawać adresu lub zamawiając coś okazuje się, że w dzień dostawy może nie być mnie w domu. UWAGA: nie można kierować na nią pism urzędowych (PITy itd) i przesyłek za pobraniem. Koszt takiej skrytki to 30 zł kaucji za kluczyk + od niedawna płaci się za nią 90 zł za rok (wcześniej była darmowa).



To tylko garść informacji na ten temat, który tak naprawdę jest głęboki jak rzeka. To dopiero drugi post, dlatego jeśli znów dostanę pozytywny odzew połączony z chęcią dowiedzenia się czegoś więcej w temacie Postcrossingu to postaram się napisać inne przydatne informacje i wskazówki - opowiem co może znaleźć się na takiej pocztówce, jakie należy znać słówka i o co chodzi z taśmami i wymianami. Biorąc pod uwagę chęć poszerzenia naszej krajowej społeczności pocztówkowych świrów z wielką chęcią napiszę coś więcej. Gdybym miała zmieścić tutaj to wszystko już dzisiaj to obawiam się, że nikt nie dobrnąłby do końca tego wpisu :) Mam nadzieję, że do napisania! 

wtorek, 12 maja 2020

Wycieczka na zamek w Krasiczynie

W dzisiejszych czasach, pomimo nakazu, ciężko jest usiedzieć w jednym miejscu, więc kiedy tylko poluzowali ograniczenia nie mogłam się oprzeć i pojechałam na małą wycieczkę. Będąc w tym czasie można powiedzieć służbowo na Podkarpaciu (dopiero trzeci raz świadomie, a nie przejazdem lub na jego obrzeżach!) zostało mi wiele do zobaczenia, więc powoli odkrywam jego magiczne miejsca - tym razem padło na zamek w Krasiczynie.

Gmina Krasiczyn znajduje się bardzo blisko (zaledwie 10 km na zachód) Przemyśla, jest to wschodnia część województwa podkarpackiego. Przebiega przez nią rzeka San - większość terenów należących do gminy znajduje się po prawej stronie tej rzeki. Jeśli chodzi o wielkość gminy Krasiczyn to zajmuje ona 12478 ha, z czego ok. 70% stanowią lasy i zakrzaczenia. W 2014 roku w gminie zameldowanych na stałe było zaledwie 5001 osób, z czego 609 jest mieszkańcami wsi Krasiczyn, w której znajduje się zamek będący główną atrakcją tego regionu. Jest to zabytkowy XVI – wieczny zamek klasy ”0” zwany Perłą Renesansu, który otacza przepiękny park w stylu angielskim. Poniżej można zobaczyć spot promujący gminę, ale polecam zrobić to po przeczytaniu całości.


O zamku dowiedziałam się całkiem przypadkiem, bo nigdy nie miałam potrzeby by interesować się zabytkami w okolicach Przemyśla. Byłam dwa razy w Rzeszowie i pobliskich miejscowościach przed samą pandemią i skupiłam się na tym mieście oraz Łańcucie i Przeworsku (głównie na ich rynkach). Podczas ostatniej wizyty, która przypadała na majówkę zaproponowano mi wycieczkę właśnie do Krasiczyna, więc zdecydowałam od razu, że jadę!

Podróż do samego Krasiczyna zajęła nam około godziny, mieliśmy piękne widoki. Co chwilę przy drodze stały małe chatki, które sprawiały wrażenie wyjętych prosto ze skansenu! Z obserwacji wywnioskowałam, że są one ciągle w użytku, bo widać było chociażby dym z komina lub auta za drewnianymi płotkami. Myślałam, że w moich okolicach jest sporo takich domów, ale ich ilość na Podkarpaciu przeszła moje oczekiwania.

Kiedy dojechaliśmy na miejsce na pierwszy ogień pobiegłam do małej galerii, która pomimo niedzieli 3 maja i okropnej deszczowej pogody okazała się być otwarta. Jestem postcrosserką (kolekcjonuje pocztówki) i nie mogłam nie sprawdzić czy przypadkiem nie znajdzie się tam coś dla mnie. Ku mojemu zaskoczeniu było tam nie tylko kilka pocztówek czy magnesów, ale także pełno pięknych rękodzieł wykonanych przez Panią, która nas obsługiwała. Galeria Artiwa ma w swojej ofercie ręcznie malowane naczynia, torby oraz przepiękne obrazy w bardzo niskich cenach. Niestety nie byłam na to przygotowana, więc wyszłam stamtąd jedynie z pocztówkami i magnesami, ale mam nadzieję powrócić tam jeszcze w tym roku - nie mogę sobie podarować pięknej filiżanki z ręcznie malowaną sową! Koszt pocztówek to zaledwie złotówka, a magnesy zaczynają się od ok. 8 zł. Nie znalazłam strony internetowej sklepu.


Po zakupieniu pamiątek udaliśmy się do bramy wejściowej. Z góry wiedziałam, że trzeba będzie zapłacić za wejście na teren parku pomimo tego, że sam zamek jest niedostępny dla zwiedzających z powodu pandemii. Miłym zaskoczeniem był niewielki koszt wejścia, bo dla osób z ulgą wynosił on jedynie 2 zł, a dla pozostałych 4 zł. Po zakupie biletów udaliśmy się na dziedziniec zamku, gdzie była otwarta jedynie toaleta oraz sklepik z pamiątkami. Pocztówki czy magnesy były takie same i w tej samej cenie jak u Pani z Galerii Artiwa, ale dodatkowo można było zakupić książki lub inne pamiątki związane ściśle z zamkiem. Na korytarzu stał także automat z pamiątkowymi monetami, które kosztowały 8 zł - sama ich nie zbieram, ale wiem, że stoją one w wielu miejscach i można uzbierać całkiem sporą kolekcje.

Sam dziedziniec zamku wywarł na mnie ogromne wrażenie choć pierwsza rzecz, na którą zwróciłam uwagę to ogromny biały namiot, do którego zajrzałam przez okienko i dojrzałam w nim krzesła. Obok namiotu był także obniżony daszek na scenę, ale sceny pod nim nie było. Zamek odgrywa rolę sali koncertowej pod gołym niebem - są tam czasami organizowane różne wydarzenia. Przy zamku mieści się także hotel, w którym można zorganizować przyjęcie okolicznościowe.


Zamek został wybudowany na planie czworokąta przy czym w każdym jego rogu mieści się baszta. Mają one różne nazwy, są to:
1. Boska, z kopułą na szczycie; mieści kaplicę, którą uważa się za jeden z najcenniejszych elementów architektonicznych zamku - jest przyrównywana do Kaplicy Zygmuntowskiej na Wawelu.
2. Papieska, zwieńczona attyką, będącą kopią papieskiej korony Klemensa VIII; znajdowały się w niej pokoje gościnne przeznaczone dla wysokich dostojników kościelnych
3. Królewska, z sześcioma małymi narożnymi wieżyczkami; mieściły się w niej apartamenty królewskie
4. Szlachecka, zwieńczona koroną – kopią korony króla Zygmunta III Wazy.

Wszystkie cztery bardzo mi się spodobały, chociaż gdybym miała wybrać tylko jedną to zdecydowałabym się na basztę Papieską. Zewnętrzne i wewnętrzne ściany zamku pokrywa przepiękna dekoracja sgraffitowa, która przykuła mój wzrok do tego stopnia, że nie wiedziałam, z której strony mam jej zacząć robić zdjęcia. Dekoracja wokół zamku nie sprawia takiego wrażenia, ale tak naprawdę zajmuje bardzo sporą powierzchnię - aż 7000 m²!


Na dole, w podziemiach, mieszczą się lochy i sala tortur, ale niestety ich również nie można było zwiedzać. Dookoła dziedzińca można za to zobaczyć wystawę starych zdjęć związanych ze wsią Krasiczyn. Jako miłośniczka fotografii dokładnie obejrzałam całość i znalazło się tam kilka ciekawych ujęć choć oczywiście jest to kwestia gustu, ponieważ nie każdemu podoba się stara fotografia.

Po dokładnym obfotografowaniu dziedzińca ruszyłam na podbój parku zamkowego. Jest on bardzo zadbany i można nacieszyć oczy bogatą roślinnością, która go zdobi. Jest to ponad 200 rodzajów drzew i krzewów z całego świata. Mieści się też tam mały staw i pomost, na który można wejść. Pomimo brzydkiej pogody udało się tam zobaczyć masę ryb jedzących bułkę rzuconą przez turystów oraz kilka kaczek, które wolały jednak trzymać się z daleka od ludzi. Dało się też zrobić kilka ujęć odbijającego się w wodzie zamku, które wyszły (jak na mój gust) całkiem nieźle.


Pomiędzy drzewami i krzewami mieszczą się ławeczki. Niektóre są tak dobrze ukryte, że ciężko jest je dostrzec przez liście i gałęzie, które tworzą wielką zasłonę. Ze względu na pogodę ciężko byłoby się do nich dostać, dlatego odpuściłam sobie przepychanie się tam z aparatem.

Czas jaki spędziliśmy spacerując po parku to lekko ponad godzina, dlatego, że robiłam dużo zdjęć. Gdyby nie moje fotografowanie to, choćby ze względu na pogodę, zajęłoby to myślę maksymalnie 40 minut. Jeśli chodzi o czas na dziedzińcu to było to około 40 minut, więc w sumie spędziliśmy tam dwie godziny. Myślę, że jeśli tylko będzie to możliwe to na pewno wrócę tam, gdy tylko będzie piękna pogoda. Chciałabym zwiedzić zamek w środku oraz zrobić mu jeszcze więcej zdjęć. Być może któreś z nich posłuży mi za wzór do namalowania obrazu?

Jeśli chodzi o cenę zwiedzania pomieszczeń wewnątrz to pozwoliłam sobie pożyczyć fragment strony internetowej, na której jest wszystko dokładnie opisane. Tutaj można sprawdzić więcej informacji na temat całego obiektu (zamku, hotelu, restauracji).


Możliwe jest także zwiedzanie wieży zegarowej i lochów osobno - każde z nich w cenie 5 zł, ale bez przewodnika. Można wynająć także pomieszczenia zamku na ślubne sesje zdjęciowe, ale tylko w terminie, który nie koliduje z żadną grupą zwiedzającą. Koszt takiego wynajmu to 100 zł, więc jako fotograf myślę, że nie jest to wygórowana cena.

Pomimo deszczowej pogody wycieczkę uważam za udaną i jak wspomniałam wcześniej postaram się tam wrócić jak tylko zamek zostanie otwarty dla zwiedzających i dopisze pogoda. To na pewno nie była moja ostatnia wizyta na Podkarpaciu, więc okazja na pewno się znajdzie. Poniżej prezentuje kilka zdjęć, które uznałam za najlepsze spośród wszystkich wykonanych podczas zwiedzania.